niedziela, 21 kwietnia 2013

Żadna bluza Kenzo nie zastąpi brzydkiej bluzy Podomu

Na wstępie chciałam zastrzec pomysł na markę. Podomu - twoje najbardziej wytarte i luźne ciuchy w przypadkowych kolorach. Inspiracje czerpiemy z lat twojej młodości, podstawowych założeń punk rocka, nieskrępowanego cudzą obecnością tańca i śpiewu (z naciskiem na fristajl i własne interpretacje-wariacje), zafarbowanych ubrań (gdzie tam ombre, czerwona koszulka w pralce życia!) lub odfarbowanych ubrań, pidżam, koszulek reklamowych, a także koszulek twojego chłopaka. Mogą być to reklamowe koszulki twojego chłopaka. Podomu uznaje legginnsy za pełnoprawne spodnie. Podomu cię nie ogranicza. Co ciekawe, te ubrania nie mają tendencji do przyciągania sosu pomidorowego i oliwy.

Poważnie, jeśli zostanę już bogata i nie będę mieć żadnych randomowych ciuchów w szafie, to nie wiem jak osiągnę prawdziwy relaks. Być może właśnie dlatego bogate dzieciaki wpadają w poważne tarapaty i narkomanie (tu liczba mnoga). Jeśli już przy dzieciakach jesteśmy - instytucja koszulek podomu wyciągnięta na zewnątrz to zdecydowanie powrót do dzieciństwa (ja swoje spędziłam przed komputerem, "nie mogę wyjść, bo gram w simsy", ale i tak). A wy jak macie? Dajecie radę żyć bez koszulek reklamowych? Bez tego oczyszczającego doświadczenia w jednym momencie estetycznej odrazy i zupełnego carelessu? Katharsis w świecie stockowatych zdjęć blogerek w pidżamach za sto złotych. W chwilach przypływu czasu wolnego co prawda uważam, że jedynym co się opłaca w ubiorze są inwestycje w pidżamy - ale ten wątek pomińmy.


Koszulka, którą tu skrzętnie skrywam pod płaszczem ma w sobie duszę tych brzydactw Podomu, jest taka luźna i jak od pidżamy, a jednocześnie pozostaje po prostu koszulką w paski, która jest w porządku. Bardzo w niej to lubię. Chociaż momentem wyjścia do napisania tego poruszającego postu i tak jest bluza serialu, którym gardzę (a którą właśnie mam na sobie). Zdarzało mi się nosić ją na rzeźbę odwróconą na lewą stronę. Tak bardzo tym serialem gardzę. Możecie zgadywać którym!



"Idzie XS koło drogi, nie ma ręki ani nogi" stajla, ale tak na prawdę mój brak rąk to kwestia założeń. Tak założyłam ten płaszcz.


Coat - Pull and bear % | Top, skirt, bag - Reserved | Cowboy boots - Les Tropéziennes 


sobota, 13 kwietnia 2013

W końcu one, w końcu kowbojki




Całe lata miałam w głowie taką karteczkę ze skreślonymi kreskami po cztery (do tej ilości ogarniacie bez zastanowienia ile jest czego, po czterech trzeba liczyć - stąd też rzymska piątka się odróżnia od poprzedniczek) na temat "czy dziś założyłabym kowbojki do tego co mam na sobie". Wiedziałam, że ich potrzebuję. Sposób na karteczkę w głowie polecam i wam, a będziecie wiedzieć czego potrzebujecie.

Na pewno wiecie też, że wraz z butami kupuje sie obietnice. Ja sobie dopisuje zawsze całą listę (na karteczce w głowie) do każdej pary obuwia. To są buty, co założę je w Mediolanie, w tych będę mieć przygody na molo nad jeziorem, w innych nie będę w ogóle musiała dotykać chodnika, bo uniosą mnie nad nim. A w kowbojkach na moje życie nałoży się taki fajny filtr z filmów Tarantina, wypiję kawę nad samym ranem w przydrożnym barze, przegryzę wegeburgerem, może popełnię jakieś przestępstwo, poleje się krew i odjadę w stronę słońca. Nigdy nie będę miała problemu z błotem (w zamszowych ten podpunkt nie obowiązuje) ani z wyzwaniami. Możliwe, że zostanę w nich superbohaterem. Że stare ciuchy znów będą super. Że urosnę. I już nigdy nie zabraknie mi magnezu.

A z sukienką wiąże się zabawna historia-anegdota. Kupiłam ją w SH, bez jednego guzika. No to odprułam pozostałe, dobrałam nowe, przyszyłam. Prasuję gotowe dzieło, coś mi zgrzyta. Zapasowy guzik doszyty do metki. Czasem śmieszne rzeczy się dzieją, zaprawdę.

No i najmodniejsze legginnsy sezonu w pionowe pasy są już w mojej szafie, niczego się nie wstydzę, niczego nie żałuję. Non je ne regrette rien! Pozdrawiam was, wy również się nie lękajcie, a będzie dobrze.


dress - SH % (mój ulubiony sekendhend ze zniżkami jest ulubiony) | legginns - allegro | boots - allegro

czwartek, 21 marca 2013

Cześć pierwszy dzień wiosny



Jak koleżanki faszionelki to robią, że na swoich blogach biegają już w półbutach. To nie jest pytanie, to jest głowa w kawałkach. Ostatnie trendy są takie, że wozimy się po mieście jako śnieżne bałwanki, bujając przy tym rytmicznie całym ciałem jak pingwiny na lodzie (jak się ma skillsy) lub jako obsmarkane wańki wstańki.  Szalik się odwiązuje odkrywając przed wiatrem najczulsze punkty twojej duszy, poczuj je teraz, lub też komin nie przywiera należycie. Resztki godności zamarzają gdy wysmarkujesz mózg w już i tak wysmarkaną chusteczkę, bo ta nieużywana jest tak daleko, ta podróż ręka-torba jest ponad moc i siłę. I wtedy autobus. Niespodzianka! Cieplej niż we wnętrzu twego stałocieplnego (powiedziałby ktoś) organizmu. I nawet jak z nienacka nastanie dzień ciepły, to autobusy długo nie potrafią się przestawić. A potem (wcześniej) te sale klimatyzowane w świeżo wyremontowanym budynku akademii. Klamki w oknach straciły tu swoją funkcję i są ozdobą i nie jest to metafora niczego. One po prostu są ozdobą. Tych okien nie da się otworzyć. A tej klimatyzacji regulować. I jesteś już prawie przekonana, że ta "krytyka" wśród tych "sztuk pięknych" była pułapką, zemstą artystów. Przygotowali te sale oświetlane jak pomieszczenia do przesłuchań, na przemian za zimne lub za ciepłe, wypompowali z nich powietrze i nie dają klucza od audytorium nawet jak jest ewidentnie nieużywane, a w sali-pułapce oblężenie. Prawie jesteś przekonana, ale wtedy do pracowni malarskiej przybiega sprzątaczka z awanturą. KTO TU UŻYWA CZARNEJ FARBY. Hello, świecie.

Byle do nadchodzących trendów. Osobiście oczywiście mam całą moc trendów.

0. Kocia sierść w kontrastującym kolorze jest modna na twoich ubraniach. 

1. Dresy o tym jak jest ci źle, jak jesteś zły, jak źli są na ciebie lub jakim jesteś kotem. Złym. Najlepiej owersajzy, bo jesteś grubym kotem. Nie zapomnijcie do dresu dodac opaski-korony z ćwieków lub diademu, żeby każdy dokładnie wiedział jaką panią swojej porażki jesteś. Strój idealny na romantyczną randkę polegająca na jedzeniu, ale przyda się także na starość. Powinien świetnie komponować się z twoim nieoficjalnym etatem kociej mamy na którymś z tych brzydkich podwórek. Koty we włosach!


2. Nadruki o tym co chcesz mówić nie mówiąc. Troche żartem, żeby można było się wycofywać ze swoich niewypowiedzianych słów zawsze kiedy zechcesz! 


3. Spodnie z wysokim stanem. Wracajcie do sklepów, ja czekam. Dosyć już tych biodrówek, idźcie sobie gdzie indziej. 


4. Poncho. Bo Clint Eastwood też je miał, miał, miał. A ty jesteś jednocześnie i dobry i zły i brzydki i jak to najlepiej wyrazić jak nie bezpośrednio poprzez oczywiste nawiązanie do tytułu filmu z twoją małą reinterpretacją interpunkcyjną! Proste rozwiązania nadal są na topie. I kowbojki. Kowbojki są najlepsze. Zawsze to wiedziałam, ale praktykuje dopiero od paru miesięcy i teraz wiem to bardziej.

5. Są dziewczyny manekiny i fajnie, mają te swoje długie nogi rozmiar 36 i noszą najmodniejsze mody sezonu i wyglądają dobrze. I to wszystko fajnie, ale strasznie nudno. A jak dziewczyny wannabe manekiny toczą tę swoją żałosną walkę z rzeczywistością o modny look z szortami to jest jeszcze gorzej, a wcale niemniej nudno. I jak czytam artykuł o tym jak powinna się ubierać taka niska istota jak ja, żeby wyglądać jak kobieta, to ja dziękuję za te porady jak stoczyć swoją beznadziejną walkę pod tytułem "jak wyglądać na wyższą". Może od razu wejdź na dach wysokiego (!) budynku, wyjrzyj, skocz. What goes up, must go down.

5,5. I tak ciągle wierze, że jak będe bardzo chciała to w końcu urosnę i nabiorę pięknie zarysowanej żuchwy i wszystkiego tego czego dziewczyny zazdroszczą ładniejszym dziewczynom.

6. Ostatecznie i tak założysz coś jednego i potem drugiego i będziesz nosić to w kółko na zmianę bo to twoje akurat teraz ulubione ciuchy.

piątek, 8 lutego 2013

Ewer folen in low łiw rąg szuz?


Panie, panowie. Dzieńdobry. Nie, że tak serio dzień, ale bluza owszem. Bo dzisiejszy dzień to raczej z kategorii kotorg prawdziwych. A bluza, to trzeba przyznać, że nawet kurier przynoszący ją o jakiejśtam godzinie dziewiątej nie niszczy dnia, a wręcz przeciwnie, czyni go takim właśnie dniemdobrym. To jeden z moich trzech łupów wyprzedażowych tej zimy, wyraz mojego ostatnio nasilonego zamiłowania do oversize'u. Jak się ma metr pięćdziesiąt z groszami (co jak wycofają te grosze?) to z za dużymi ubraniami łączy cię miłość taka w stylu ustawianych małżeństw sprzed lat. Nie masz wyjścia, jesteście na siebie skazani, ale w końcu coś z tego może być. No i nam ostatnio się widocznie poprawiła relacja, rzeczy się co prawda nie zmieniły, ale ja dążę do wzięcia emki. Na tej drodze jednak, pełnej rozczarowań, ostatnio pojawiło się jedno tragiczne. Totalnie zauroczyłam się w męskich butach, ale żeby one były dla mnie. Jest to obuwie  fantastyczne, jakby przyjechało na białym koniu spełniać moje marzenia o butach, co do każdego szczegółu, a nawet więcej niż bym umiała sobie zamarzyć. A jednocześnie rozmiarem jest tak bardzo nie dla mnie. O losie.




Sweatshirt - dzieńdobry % | Coat - Mango | Scarf - H&M % | Bag - Reserved % | Shoes - Cavalliero

sobota, 26 stycznia 2013

Lepiej być szafiarką niż robić słaby rap

A najlepiej to nie robić nic.

A oto ja na końcu światła. Klisza została potraktowana nieodpowiednią porą roku. Później dla zachowania równowagi była też prześwietlona. Sama chciałabym być trochę prześwietlona. Lubię takie dziewczyny pełne światła, jak czasem chce być inną dziewczyną, co dowodzi ostatecznie, że jestem dziewczyną, to najczęściej właśnie taką istotą świetlistą. Przyszło mi pozostać jednak takim typem co siedzi gdzieś w mroku ze swoimi kotami. No i cóż. Chciałam ukazać swój płaszcz, nie do końca wyszło. Tym płaszczem jest kurtka według strony, a marynarka według metki, więc w ogóle śmiesznie być takim krótkim. Spełnia w pewnym stopniu moje założenia na temat tegorocznego płaszcza. Motywem przewodnim miało być BURRITO NIESZCZĘŚCIA. To jest rzeczone burrito. Generalnie miał być kokon, który jest buritem, wyszło trochę inaczej, ale jeszcze dorobię się swego kokona, tymczasem wy (nie) możecie zobaczyć jak to jest nosić kurtkę jako płaszcz. 



Ilością ziarna możnaby wykarmić co poniektórych tygodniowe obiady, ale co tam. Okazja do ćwiczenia art of letting things go, musiałam gdzieśkiedyś to zdanie przeczytać. Siedzi mi z tyłu głowu po angielsku, chociaż lubię myśleć po polsku i  jeszcze o tych rzeczach, o których nie umiem pomyśleć w żadnym języku. Rzadko się zdarza po angielsku, więc jestem pewna, że to cudza myśl. A może rzecz w tym, że "odpuszczanie" brzmi brzydko, czy ze sztuką czy bez. Ale wracając. Polecam zamysł bardziej niż tegoroczne wyprzedaże, albo ja jestem wyjątkowo marudna, albo to one nie dają rady.

To jest w ogóle cały temat jak bardzo wymysły minimalistów i brak stypendium i matematyka wpływają na moje podejście do ciuchów. Gdyby odjąć nieogarnięte emocje i zapędy np. nagle się budzę i wszystko czego chce od ubrań to żeby były trochę kowbojem. Z kosmosu. Kotem. Ale w latach dwudziestych. Te kropki trzeba połączyć. A kiedy indziej całkiem inne. Gdyby nie to, to zostałabym ubranianym buddą, a moja nowa-duża szafa służyłaby mi do przechowywania zwłok mojego dawnego ja. W tym momencie potrzebowałabym kilku szaf na każdą z wersji wydarzeń. Chociaż i tak z nową-dużą jest bardzo do przodu. Trafiłam swego czasu na pewien wpis na Sartorialiście, który chyba ilustruje mój problem. Dziewczyna jest ogólnie z takich raczej fajnych, mogłaby mieć pewnie wersje w której nosi worek po ziemniakach. Ale z tych wersji przedstawionych ja bym jej nie pozbawiła żadnej na rzecz drugiej. Pewnie ma ich jeszcze więcej. No i fajnie, została moim oficjalnym usprawiedliwienim na brak zdecydowania lub jak kto woli - na moje wiele zdecydowań.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Lifestyle podsumowanie 100% roku w roku

Ostatnio nie szło mi bycie blogerką. Albo idę na zajęcia albo śpię do trzynastej. Wypijam kawę i zapada ciemność. Mówię siostrze, że rok się kończy, a ja nie jestem najlepszą blogerką roku i musimy zrobić zdjęcia i nadal nic z tego nie wychodzi. Ale oto przecież! Zmieniam właśnie telefon i byłam zmuszona wgrać na nowo dzwonek z miałczeniem kota syjamskiego, bo mi się gdzieś zgubił na karcie. Bez tego dzwonka nawet jak telefon dzwoni, to nie ogarniam, że to do mnie. Przeglądam zdjęcia z telefonu, a tam - LIFESTYLE! No to przecież narzucę niebieski i zrobię podsumowanie roku. Ja i mój instagram czy cośtam.


To ja i przymierzalnia na dziale dziecięcym haenem. Bardzo bym chciała tyle rufli, ale te najładniejsze czarne się nie dopinały, bo były na dziecko. Przy okazji możecie zobaczyć w cudownej jakości mój najlepszy zakup roku - panie, panowie - KOWBOJKI.


Na szopingu wraz z siostrą. Znów haenem. Najbardziej lubię szoping w haenemie, ale czy ciężko mi się dziwić? Spójrzcie tylko na te fotografie. Tak, moja siostra jest pingwinem. A ja jestem kotem. To się może zdarzyć nawet w najlepszej rodzinie.


Chyba nie macie pojęcia, ale (jak każdy) interesuję się filmem (i muzyką). W ramach wytchnienia pomiędzy fajnymi filmami - maratony z ukrytą prawdą i trudnymi sprawami. I teatr. Poszłam, usiadłam, a przede mną usiadły najszersze plecy sali. Zawsze tak jest. Ale nie szkodzi! Ogólnie to nie lubię teatru, bo jest teatralny. Odkryłam po latach, czemu właściwie nie lubię teatru, a brzmi to jak te słynne masło. Otóż ja lubię umiarkowane słowa, gesty. Unikam głośnych i napastliwych. W teatrze wszyscy machają kończynami, wyrażają się całym ciałem i artykułują słowa w nieznośny sposób. Najlepsze jest milczenie i wymowne spojrzenia i długie kadry ukazujące wnętrze bohatera poprzez krajobraz. Oraz katatoniczne podejście do ruszania się. Ci najwięksi widzowie co zawsze siądą jak na fotografii nie mają go. Zawsze się ruszają. Nie dość, że są najwięksi, to jeszcze w ruchu. Tyyruudyyne sprawy.


Częścią każdego lajfstajlu jet wydawanie pieniędzy. Lubiłam wydawać pieniądze na te sajgonki, ale niestety chyba byłam jedną z nielicznych w mieście, bo miejsce to upadło, umarło i go nie ma. 

Z kolei te wina to część projektu w ramach którego stałam się degustatorem win. Jakoś w dwa tygodnie. Niech was nie zmyli ten słodki Kagor. Te leżące to same wytrawne. Ale po co i dlaczego to wszystko? Otóż pewnego ranka zadzwonił mój telefon. Głos w słuchawce oferował wzięcie udziału w konkursie, który polega na degustacji wina w ciemno. Sprawa związana z moim blogiem kulinarnym. Określić szczep i region, uzasadnić. To wina mają szczep? Kto wygra, leci do Australii. Absolutnie w to wchodzę! W życiu zazwyczaj ciężko zdobyć mi się na ambicje i twarde dążenie do celu. Ale gdy ten cel wydaje się absurdalnie nieosiągalny, to zawsze jednak sounds like fun. Tak więc pozostały mi czas spędziłam na wąchaniu, smakowaniu, notowaniu, czytaniu, porównywaniu. Ledwo żywa dojechałam na degustację do stolicy, zdegustowałam, pośmiałam się nad zapachem wina numer trzy, bo pachniało ono jak męskie perfumy. Odpowiedziałam. Wszystko miałam dobrze. Wszystko. I nie wygrałam, bo wszystko dobrze miała też osoba prowadząca blog o winach i widocznie moje uzasadnienie z jasnokociookim kolorem i inną poezją nie było równie dobre jak jej. To musi być jakaś lekcja czegoś. No trochę pokrzyczałam na wyniki, ale to co wyniosłam, to bezcenna wiedza. A nic nie smakuje lepiej, niż wiedza. Nawet shiraz.


Innym razem bardzo marzyłam o wygraniu wycieczki na Tajlandię. Ćwiczyłam jedzenie pałeczkami i posiadłam także tę umiejętność. Rok 2012 rokiem uczenia się jedzenia i picia. Jadłam dużo sajgonek, w różnych miejsach. Spotkałam koty. Zjadłam cudowny sos miodowo-sojowy. Kot wolał znać Cezarego, bo ja nie zamówiłam mięsa. Sos z fistaszków też jest bardzo w porządku. 


Podróżniczo i realnie wybrałam się za to do Krakowa. W Krakowie są koty. Czyż to nie wspaniałe?


LIIIIIIFESTYYYYYLEEEEEE. Duplo i kawa. Mmsy do mamy, bo z niewiadomych przyczyn skończyłam z abonamentem, w którym jest 600 mmsów do mamy. Miesięcznie. Zmieniam ten abonament już bardzo niebawem.


Wiecie co robi Polski Bus jak się na niego spóźniasz parę minut? Odjeżdza punktualnie. A gdy się na niego nie spóźniasz? Odjeżdza 15 minut po czasie. Trochę to podnosi koszty podróży. O kolejne bilety i o kilkugodzinną zabawę w tym świetnym lokalu-szałasie. Nie wiem, czy odnalazłabym się w świecie bez tanich frytek i taniego piwa. Oczywiście, wytworne drinki są fajne i pieczone bataty też. Ale prawdziwy lifestyle jest gdzieś indziej.

I JESZCZE COŚ! JEDYNA SŁUSZNA INSPIRACJA SYLWESTROWA. Niech ten rok będzie obfity w koty! Pozdrawiam.

A JEŚLI SPĘDZACIE SYLWESTRA W DOMU...

sobota, 24 listopada 2012

Są kobiety pistolety i kobiety internety


Niedawno pisałam o małym nieporozumieniu na linii ja i projektanci światowej sławy. Wiecie, ta sprawa z barokiem. Że chyba mi chodziło o taki komiksowo-cyrkowy. Śmieszna sprawa, bo Chanel niemalże od razu ogarnął temat i zrobił torby hula-hopy. To też jeszcze nie to drogi Chanelu! River Island zrobił śliczne baroki barokowe, jestem bardzo zakochana w nich ale jest to uczucie platoniczne - przynajmniej do czasu porządnych wyprzedaży. A w oczekiwaniu postanowiłam - dopóki w nadmiarze obowiązku leżenia z kotem nie ogarnęłam maszyny do szycia - zrobić małą ściągawkę dla największych domów mody na przyszłe sezony. Tymczasem ja myślą, mową i (rzadziej) uczynkiem będę próbowała wdrażać je już teraz, zaraz. Gdyby ktoś miał wątpliwości -  ja tego nie wymyślam, to po prostu mi się objawia. 


Co ma być modne, a nie jest? Projektanci, get your translators now.

1. Dresiara w pidżamie. To jest moje objawienie sezonu. Pragnę bluzy z kapturem i lekko dresiarskiego attitude. Zakładam spodnie częściej niż raz na miesiąc, a to coś oznacza dla świata mody. Do tego najlepiej żadnej torby - karta miejska w kieszeni  i wygodne buty na stopach. Odkąd zmieniłam kierunek jazdy, dobieganie na autobus odzyskało sens. A wiecie, że w bezsensie sens jest jedynym awansem. Każdy teraz wie. Bardziej jednak w pidżamowej dresiarze chodzi o możliwość zagarnięcia komfortu, przy jednoczesnym  zachowaniu swojej bezczynności. Nie że nosimy najki, bo biegamy. Bardziej nosimy je żeby wygodniej leżeć. Dresiara w pidżamie nigdy nie zakłada spodni dresowych do marynarki czy szpilek! To bardzo ważne by nie brnąć w te całe kontrasty! Dla niepoznaki - nic nie może być oczywiste - dobrze, gdy dresiara w pidżamie ma umalowane na czerwono usta. Wtedy nikt nie posądzi jej o wyjście w świat prosto z łóżka. 

2. Nostalgia. Oto już jesień i pora umierać. Wracamy do korzeni! Jesień to nie tylko piękne kolory i tartanowa krata. Jesień to głównie przemijanie, deszcz i człowiek wpatrzony w szybę autobusu. Człowiek wpatrzony w dal. Wypatrujący nieznanego. Nieznanego jeszcze trendu. Jak nostalgia ma wyglądać w modzie? Objawiać się powinna w waszym attitude oczywiście. Nie każdy ma tak świetne ku temu warunki jak ja, ale możecie spróbować. Po pierwsze oczy szeroko otwarte, nieobecne a przytomne spojrzenie. Pod oczami cienie głębokie jak wasza dusza. Im bardziej zaznaczone tym gorzej śpicie w nocy. Dlaczego śpicie gorzej w nocy? Bo myślicie! A cokolwiek myślicie, nie mówicie. Milczenie, wpatrzenie, sonety. Na pewno są na to jakieś makijażowe sztuczki. 

3. Minimalizm. Każdy teraz jest trochę minimalistą i nikt nie chce mieć już tyle bałaganu w szafie. I ja także! Chyba że mówimy o wyprzedaży w River Island, to wtedy się nie będę wliczać. Jest to więc nieco modne, wbrew nagłówkowi, jednak chciałabym zobaczyć jak radzą sobie z tym projektanci oraz spece od marketingu. Dostawcy rzeczy zbędnych i niechcianych. Czy są jakieś sztuczki, które sprawią, że ktokolwiek dystrybuujący owe zbędności, będzie chciał zabrnąć w ten trend i szerzyć go wśród narodów? Wierzę w nieskończoną ludzką kreatywność i niebanalne zwroty akcji. Generalnie w tym sezonie wyrzucamy ciuchy i - co jest zupełną nowością - w ich miejsce nie kupujemy raczej nowych! 

4. Koc. Przenosimy koc w przestrzeń publiczną! Szok, kontrowersja, tym chcę nas nakarmić. Dosyć już półnagich ciał w połowie października, czas na koc. Jak ja to widzę? Koc jako płaszcz, koc jako szalik, koc jako koc. Dużo koca, dużo komfortu. To bardzo prosty trend i mój kot go uwielbia, tylko nie chce mu się znowu wychodzić z nim do ludzi.

5. Kot. Koty są zawsze in i nigdy out.


W życiu faszionelki pojawiają się różne takie tematyczne problemy ubraniowe. Wiecie - randka, leżenie cały dzień w domu z kotem, oficjalna kolacja w siedmiogwiazdkowym hotelu, wernisaż. Lepienie nie-zamków z piasku w listopadzie na plaży lub też lepienie w glinie. Co tu ubrać? Mnie co wtorek spotyka teraz rzeźbienie, co oznacza bynajmniej rokendrolowy brud i nierzadko pracowni chłód. Trzeba ubierać rzeczy. Dzisiaj przykład na strój do babrania się w piachu w listopadzie. Okazuje się, że im mniejszą macie łopatke do tego całego kopania w piachu, tym mniej warstw ciuchów potrzeba. Jestem niemalże pewna, że nie odnajdę dla tego stroju kategorii na cziktopji. No i jest to jednocześnie połączenie dresiary z moim odkryciem sezonu: nosić sweter z bluzą lub bluzę ze swetrem. Bardzo na tak, bardzo polecam.

 
 
 
Jeans - Cubus % | Sweater - Zara % | Hood, bag, jacket, scarf - Reserved % | Shoes - Timberland %